Agnieszka Jacak:-Potraktowali syna jak worek ziemniaków!

Nie da się oddać słowami cierpienia, jakie przeżywają Agnieszka i Darek Jacakowie (rodzice zmarłego Mateusza). Od kilku dni są na mocnych lekach, jeszcze nie dociera do nich, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Powoli jednak zaczyna się ukazywać prawdziwy rozmiar całej tragedii, a wraz z nią bezradność systemu ratownictwa medycznego, jaki mamy obecnie w całej Polsce!


Dariusz Jacak zadzwonił po karetkę około godz. 6:00. Według dokumentacji medycznej Mateusz został przyjęty w Centrum Zdrowia Dziecka o 12:51. Jak to możliwe, że Mateusz trafił do specjalistycznej kliniki po siedmiu godzinach?

Dariusz: “Przez dziesięć minut tłumaczysz do słuchawki, że twój syn leży nieprzytomny na schodach. Błagasz, żeby przyjechali, ale zamiast tego facet po drugiej stronie, który na kilka sekund stał się panem życia i śmierci, zadaje ci kolejne bezsensowne pytania. Razem ze starszym synem znosisz chłopaka po schodach, a ratownicy idą obok.Zapewniasz w karetce piąty raz, że twój Mateusz nie jest ćpunem i nic nie wziął (“Tak, jasne…”).A teraz jesteś na pieprzonym oddziale w Otwocku i czekasz którąś godzinę, aż znajdą wolne łóżko w pieprzonej specjalistycznej placówce z pieprzonym tomografem. Drżącą ręką głaszczesz syna po głowie. Będzie dobrze. Musi być.”Mamo, boli. Długo jeszcze?”Powiedz synowi, że długo, bo musi być podpis ordynatora. Długo, bo szpital podpisał umowę z zewnętrzną firmą. Jeszcze długo, synku, bo karetka jedzie z Legionowa. Powiedz mu to, co tobie powiedzieli lekarze: I tak nie wiemy, synku, czy by cię uratowali, gdybyś trafił do szpitala wcześniej. “To czyste gdybanie”.

W karetce doktor co chwilę pytał, czy Mateusz wziął środki odurzające, Agnieszka i Darek zaprzeczali. To nic nie dawało, ratownicy cały czas trzymali się tych swoich dopalaczy-  “Każdy rodzic mówi, że chłopak nic nie wziął, a później wychodzi na badaniach coś innego”. Może to właśnie z tego powodu zamiast do specjalistycznej kliniki, zawieźli Mateusza do otwockiego szpitala!


Doktor Jolanta Amilkiewicz z otwockiego szpitala do którego został przywieziony Mateusz zastanawia się, jak pomóc Mateuszowi. Odzyskał przytomność, bardzo boli go głowa, do tego ma kłopoty z mówieniem. Neurolog podejrzewa, że mogło dojść do udaru, ale nie ma jak potwierdzić diagnozy, bo w Otwocku nie ma tomografu.

Dr Jolanta Amilkiewicz ze szpitala w Otwocku: Nie potrafię tego wyjaśnić. Pracuję w służbie zdrowia bardzo długo. Niestety jest taka organizacja, jaka jest. Mamy pewne problemy, a przy takich sytuacjach wychodzą one na światło dzienne. Uważam, że Mateusz jak najszybciej powinien znaleźć się w ośrodku specjalistycznym. Kiedy szukałam miejsca w kolejnych placówkach i słyszałam, żebym zadzwoniła później, czułam straszną bezradność. I nie po raz pierwszy. Nawet nie mogłam zrobić koniecznego badania, bo nie mamy tomografu. Jutro mogę mieć dwie osoby w ciężkim stanie i będę musiała liczyć na to, że karetka transportowa będzie blisko. To loteria, łut szczęścia. W swojej karierze przeżyłam już takie sytuacje.

Agnieszka: W karetce stan zdrowia syna się pogorszył. Mówiąc kolokwialnie, Mateusz odleciał. Trafił na oddział neurologiczny Centrum Zdrowia Dziecka.

Darek: Przed przyjęciem były oczywiście papiery, bo papiery są najważniejsze. Znakomicie zachował się sanitariusz przewożący syna do placówki. Praktycznie nakrzyczał na personel. “Tu jest pacjent, a papierologię zostawcie na później!”. Na co lekarz z karetki podszedł do niego i powiedział: – Zostaw go, to już nie nasza sprawa, ty już za niego nie odpowiadasz.

Agnieszka: Potraktowali syna jak worek ziemniaków.

Darek: O trzeciej znów się pogorszyło. Syn zaciskał pięści, całe ciało było spięte. Pielęgniarki zawołały lekarkę, ale zerknęła na parametry, stwierdziła, że jest wszystko dobrze i sobie poszła. Po pewnym czasie znowu zaczęło syna łapać. Jedna z pielęgniarek stała przy łóżku i trzymała Mateusza za rękę. Znowu kazała zawołać panią doktor, bo uznała, że coś jest nie tak. Za drugim razem lekarka powiedziała, że trzeba przenieść go na OIOM. Syn był już w bardzo złym stanie.

Agnieszka: Rano chcieliśmy się dowiedzieć, co się dzieje. Dzwoniliśmy dwa razy domofonem na oddział intensywnej terapii, prosząc o krótką rozmowę. Usłyszeliśmy, że syn jest badany. Nie wiem, z kim w końcu porozmawialiśmy, ale padły słowa, że Mateusz jest w krytycznym stanie i nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Syn zapadł w śpiączkę, a lekarze nie zrobili nic, żeby go ratować. Można było przecież wykonać trepanację czaszki, ale powiedziano nam, że w tym przypadku “nie jest to zgodne z europejskimi standardami leczenia”.

Agnieszka: Dwóch lekarzy powiedziało nam, że na takim dokumencie powinny znajdować się co najmniej dwa podpisy. Doktor B. podpisała się sama, ale zaznaczyła, że konsultowała się z innymi specjalistami. Dlaczego więc widnieje jeden podpis? Kierownik kliniki, profesor Piotrowski, przeprosił nas za to niedopatrzenie, ale doktor B. tego nie zrobiła. Gdy zapytaliśmy, dlaczego nie poinformowała nas, że w przypadku ustania krążenia nie będą ratować syna, odpowiedziała, że sporządzała dokument w nocy.

Jeszcze bardziej zszokowała nas stwierdzeniem, że “do dwóch tygodni” syn zostanie odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Dopiero gdy nagłośniłam sprawę na Facebooku, dr Piotrowski przyszedł i zapewnił, że na razie tak się nie stanie. http://expres-24.pl/szpital-planuje-odlaczyc-14-latka-od-respiratora-rodzina-blaga-o-pomoc/ Wiadomo było jednak, że śmierć syna to kwestia dni. Choć może gdyby Mateusz trafił od razu do specjalistycznej kliniki, wróciłby do zdrowia.

Profesor Piotrowski nie zgadza się z zarzutami, że Centrum Zdrowia Dziecka popełniło błędy w leczeniu Mateusza Jacaka. – Trepanacja w tego typu przypadku jest niewykonywalna. Nasi neurochirurdzy kategorycznie podkreślają, że nie było wskazań do takiej operacji. Centrum Zdrowia Dziecka zrobiło wszystko, co możliwe, by uratować Mateusza. Myśleliśmy, że pierwsze dwie, trzy konsultacje pomogą nam ustalić przyczynę, ale tak się nie stało, więc szukaliśmy dalej, w genetyce. Nie da się przeskoczyć pewnych rzeczy. Gdyby to był inny narząd, można byłoby pomyśleć np. o przeszczepie, ale tutaj mówimy o mózgu – mówi. I dodaje: – To nieprawda, że rodzice usłyszeli od naszej lekarki, że Mateusz zostanie odłączony od respiratora “do dwóch tygodni”. Według naszej wiedzy państwo Jacakowie zapytali o to, jakie scenariusze są możliwe, jeśli ich syn nie wybudzi się ze śpiączki. W odpowiedzi usłyszeli, że jednym z możliwych rozwiązań jest odłączenie chłopaka, ale nikt nie miał zamiaru tego robić.

Dr Piotrowski kontynuuje: – Pacjent był pod wpływem leków podanych dla ochrony mózgu. Czekaliśmy, aż ustąpi ich usypiające działanie, by przekonać się, na ile pozostała część mózgu może jeszcze funkcjonować. Gdyby okazało się, że mózg nie pracuje, wykonywalibyśmy kolejne badania. Na końcu tego wszystkiego spotkałaby się komisja niezależnych lekarzy, którzy nie brali udziału w leczeniu pacjenta. Wykonaliby specjalne testy. Dopiero wtedy, gdyby oni stwierdzili, że mózg nie pracuje, pacjent zostałby odłączony od aparatury.

– Rozmawialiśmy na temat Mateusza w dużym gronie i ustaliliśmy, że jeśli pacjent ma maksymalne leczenie i organizm nie reaguje, nie będziemy wykonywać kolejnych kroków, np. podłączać sztucznej komory serca. Nie można tworzyć daremnej terapii. Naszym zdaniem to humanitarne rozwiązanie. W XXI w. można podtrzymywać samo bicie serca przez wiele tygodni. Mózg nie pracuje, pojawiają się plamy opadowe, a serce bije. Nie chcieliśmy doprowadzać do takiej sytuacji – mówi lekarz.

Kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii odnosi się też do zarzutu dotyczącego dokumentacji medycznej: – W sobotę rodzice jej nie otrzymali, bo nie działają sekretariaty i nie było tego gdzie skserować, dostali za to kserokopię z wynikami najważniejszych badań (tomografia, rezonans) i możliwość sfotografowania dokumentacji medycznej. A w poniedziałek otrzymali całą dokumentację.

– Cały czas szukaliśmy przyczyny, wykonując kolejne badania, natomiast moje doświadczenie podpowiadało mi, że pacjent miał nikłe szanse. To był duży udar. Mateusz nie oddychał, miał sztywne źrenice. Od razu widać było, że z mózgiem stało się coś poważnego. To smutne, że spotkało to młodego, silnego człowieka. W niektórych sytuacjach jesteśmy po prostu bezradni – kończy Piotrowski.

W czwartek o godzinie 20:35 stwierdzono, że Mateusz Jacak zmarł.

źródło: onet.pl


14-letni Mateusz przegrał swój najważniejszy mecz w życiu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Agnieszka Jacak:-Potraktowali syna jak worek ziemniaków!”